środa, 18 września 2013

Na górskim szlaku

Był już rower, było zwiedzanie, były kąpiele słoneczne i te w jeziorach... Same przyjemności, więc przyszedł czas najwyższy aby się trochę pomęczyć (i nie mam na myśli pracy - gdyż w moim przypadku nie jest ona zbytnio wymagająca). Tak więc co dla Was dziś przygotowałam?



Górska wędrówka i szalony weekend z dziewczynami. Wyjście na Stanserhorn miałyśmy zaplanowane jeszcze przed moim przyjazdem do Szwajcarii. Korzystając zatem z okazji do wolnego weekendu postanowiłyśmy realizować nasze zamierzenia... Choć nie bez przeszkód. Pogoda cały tydzień była w kratkę, prognozy zwariowane, a taka okazja tylko jedna. Głos decydujący spadł na Dorotę, która postanowiła że ruszamy w drogę. I bardzo dobrze! 


Tak więc pobudka dość wcześnie, bagaż na plecy i w drogę! Do miejscowości Stans dostałyśmy się pociągiem, skąd rozpoczyna się szlak. Wszystko to wiem, dzięki doświadczonej na tej trasie Kindze, która po raz kolejny wdrapywała się z nami na szczyt. Według znaków czekało nas 4:15 minut wędrówki pod górę. Minęłyśmy pierwszą stację kolejki górskiej z dumą, że zdobędziemy Stanserhorn same (no jakoś trzeba sobie tłumaczyć brak takiej gotówki). Wpierw lasem, później polaną pokonywałyśmy kilometr za kilometrem. W końcu 1400 m przewyższenia nie pokona się tak bez widoków. Im wyżej byłyśmy tym pogoda bardziej nam kibicowała i wiatr rozganiał chmury. Spotkałyśmy też kilka alpejskich osobistości jak krowę milkę (one wcale nie są fioletowe - ba! wbrew pozorom mogą wzbudzać strach!), owce akrobatki, a nawet kozicę górską! (szkoda tylko że wisiała na stryczku i była oprawiana przez jakiegoś gajowego)



Kiedy już pokonałyśmy najbardziej hardcorowy zygzak na trasie, zaczęły się widoki. Słońce wyszło za chmury i grzało mocno oświetlając wszystkie okoliczne grzbiety gór. Szlak na szczyt prowadził piękną granią, po której prawej stronie rozciągał się widok na wyższe Alpy, a po lewej rzut na dolinę z naszymi mieścinami i błękitem jeziora. 




No i cel osiągnięty. Żadna z naszej czwórki nie żałowała że poświęciła tyle czasu i energii, a także zwalczyła wszelakie osobiste przeszkody aby tu dotrzeć. Widoki ze zdjęć w połowie nie oddają piękna tamtych okolic. Nadal nie udało nam się rozszyfrować zagadki o trawie, która pokrywa niższe szczyty - czy jest sztuczna czy po prostu ktoś ją równiutko przycina w jednym czasie?




Kiedy już "nachapałyśmy się" wszystkimi tymi widokami i adrenalinka nieco zeszła przyszedł czas najpierw na wygłupy, potem na zasłużoną nagrodę, a następnie... w sumie to nie pamiętam :)





I tak oto zleciało nam pół fantastycznego dnia. Rześkie i gotowe mogłyśmy znowu ruszyć cztery litery, tym razem w dół. Wszystko co dobre się kończy, ale może i dobrze, bo nie wiem jak reszta ale mi to wystarczyło. Szybko kupiłyśmy bilety na powrót i niebawem byłyśmy znów w Lucernie. Z racji że dzień był pełen atrakcji, zasłużyłyśmy na pyszny obiad, który wręcz czekał na nas w domu. Komuna rulez!
Niedziela była już pochmurna i deszczowa, także leniuchowałyśmy w swoim zacnym gronie. Wieczorem wybrałyśmy się do kościoła i w roli chórzystek śpiewająco przeszłyśmy przez niedzielny wieczór. Chyba się opłacało, bo tuż po wyjściu czekał na nas niezapomniany jak dla mnie widok.


To był na prawdę fajny weekend. Chcę takich więcej!

1 komentarz:

  1. Ha!i ja miałam tu swój udział:-P fajnie piszesz Koleżanko:-) mam nadzieję, że kolejne wyprawy również nam wypalą.

    OdpowiedzUsuń