czwartek, 26 września 2013

Wekeendowo

Za oknem.... słońce! O tak! Ostatni tydzień był jakby wyjęty z lipcowego kalendarza! Długie spacery z małym Robertem, huśtawki w parku, popołudnia nad jeziorem i długie wieczorna spacery w krótkim rękawku... 




Tak więc ostatnie dni spędzam bardzo aktywnie, dlatego też tak długo nic się tu nie pojawiało. W końcu opisać to wszystko mogę, jak już za oknem nie będzie tak ciepło i skończą mi się pomysły na spędzanie mojego wolnego czasu. Zdjęcie wyżej zrobiłam objeżdżając po pracy Zugersee. W tle widzimy Rigi Kulm - królową tutejszych gór, którą już zdobyłam! Ale o tym opowiem Wam następnym razem.

Weekend, mimo że w pracy upłynął mi jak na wakacjach. W sobotę po porannych obowiązkach wsiadłam na rower z zamiarem przejażdżki do Luzerny z Dorotą. Nasze zdolności komunikacyjne jednak spowodowały, że na cel dotarłyśmy oddzielnie, jak się później okazało jadąc prawie obok siebie. Nie mniej trasa była bardzo przyjemna. Nad brzeg jeziora Czterech Kantonów zewsząd wypełźli ludzie, chcący ogrzać się w słonku. My miałyśmy podobny pomysł, ba - nawet w planach miałyśmy grilla! Niestety plany pokrzyżował nam Mr. Coop w którym jednorazowych grillów już nie było. Może i dobrze bo dziewczyny mogły wykazać się spontanicznością i pomysłowością i zorganizowały jeden z najlepszych pikników na których kiedykolwiek byłam. Bułeczki, sery, wędlinki, owoce i słodycze :) Cóż za rozpusta w tak drogim kraju :P



Piękna pogoda wieczorem nie pozwoliła mi siedzieć w domu, mimo 50 km na blacie :) Spacer i podziwianie zachodzącego słońca nad jeziorem to coś, co sprawia mi niezwykłą przyjemność. 
Niedziela przywitała nas gęstą mgłą. Z okna nie widziałam kompletnie nic - jestem w niebie? Na szczęście pogoda dopisała także tego dnia, kiedy to planowany był "wyjazd służbowy" :) Pakowanie, przygotowywanie, ubieranie małego i już po chwili jazda w góry. Zawsze jadąc gdzieś z moją rodzinką nie do końca znam cel, albo mi nie powiedzą, albo nie do końca ich rozumiem i tylko domyślam się gdzie się udajemy. Tym razem wiedziałam że mam się przygotować na górski treking. 

Tak więc słoneczne popołudnie spędziłam moją host - rodzinką i Robertem w nosidełku wdrapując się pod górę... No ok, nie wdrapywaliśmy się aż tak długo, bo znaczną część trasy pokonaliśmy dość śmieszną kolejką górską. Na miejscu rozbiliśmy się nad jeziorem, rozpaliliśmy ognisko i smażyliśmy smakołyki na obiad. Wszystko smakuje lepiej jak jest się w takim miejscu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz