Już powtarzałam to wiele razy, ale zrobię to po raz kolejny: mam wielkie szczęście! Nie dość że spełniam swoje marzenie o podróży do Szwajcarii, natrafiłam na naprawdę fantastyczną rodzinę u której mam wszystko co mi potrzeba, opiekuje się najweselszym chłopcem na jakiego kiedykolwiek trafiłam, mieszkam w cudownym miejscu, w którym budząc się każdego dnia odkrywam coraz nowsze oblicze jeziora i Alp, to jeszcze mam stosunkowo niedaleko ode mnie (25 km) kompana do rozmów po polsku. I to jakiego!
Na zdjęciu wyżej widzimy Dorisa i mnie podczas pierwszego spotkania na "obcej ziemi". Odległość pomiędzy naszymi miejscowościami jest o tyle optymalna, że spokojnie da się ją pokonać na rowerze kiedy pogoda dopisze. Nam wówczas dopisała i nie omieszkałyśmy tego wykorzystać kąpiąc się w jeziorze i podziwiając atrakcje mojego małego miasteczka, które jak sama Dorota przyznała - są skromne choć niezastąpione! ;)
Parę dni później przyszła kolej na rewanż i moją wizytę w... Lucernie. Mimo przeciwności losu, jakoś dałam rady dojechać tam rowerem. Trasa, choć nie należała do żadnych krajowych dróg rowerowych była bardzo urokliwa. Toteż jazda w tą stronę zajęła mi nieco więcej czasu.
Dopiero wjeżdżając do Lucerny zauważyłam, jak małe jest moje miasteczko. Zewsząd ogarnął mnie szum samochodów, tłum ludzi i rowerzystów. Fakt była to sobota, więc jest to pewnie zasługa turystów, nie mniej stwierdzam że moja miejscowość to wioska.
Mknąc na moim śmigaczu pomiędzy samochodami szukałam willi mojej koleżanki Doroty. Pomimo ogromnych rozmiarów jej lokum jakoś nie udało mi się go zauważyć, co wymagało interwencji i odebrania mnie z miejsca w którym się nieco zagubiłam. Jak zwykle miło ugoszczona przez Dorotę i jej współlokatorki -współtowarzyszki odsapnęłam po podróży.
Potem przyszedł czas na zwiedzanie. Dorota jako prawdziwy Stadtführer pokazała mi wszystkie najpiękniejsze zakamarki tego miasta. Słynnego lwa wykutego w skale, mury miasta z wieżyczkami z których rozciągają się bajeczne widoki, stare miasto i słynne drewniane mosty. Efekty tej wycieczki można podziwiać na zdjęciach.
W drodze powrotnej pomogła mi nieco pogoda, nabrałam takiego tępa w obawie przed deszczem, że w nieco ponad godzinę byłam już "na swojej wiosce".
Szkoda że lato się już powoli kończy...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz